Jesteś w: Manager » Rynek

Chcieć to móc

09.11.2016 16:18  Rynek


Chcieć to móc

 

O samorządzie słyszał każdy. Każdy nawet w nim uczestniczy. Kłopot w tym, że nie każdy o tym wie. I o dziwo – można to uznać za usprawiedliwione

Samorządność jest bowiem materią niebywale skomplikowaną. Jej granice są nieostre, uznaniowe, do tego przebiegają rozmaicie w różnych odmianach samorządu. A tych jest wiele.

Największy zasięg mają samorządy terytorialne, w których wspólnoty tworzą grupy osób zamieszkujących oznaczone terytoria (te samorządy mają strukturę piętrową, o czym dalej). Obok istnieją zaś samorządy funkcjonalne, oparte na więzi tworzonej przez wspólne zajęcie. To samorząd pracowniczy, zawodowy, uczniowski.

Powyższy podział samorządów jest najczęstszy, ale istnieją także inne klasyfikacje. Niektórzy badacze wolą dzielić samorządy na oparte na podłożu majątkowym (np. fundacje) i osobowym (terytorialny, wyznaniowy, narodowościowy, gospodarczy, zawodowy).

Z tych wyliczanek wynika jedno – pojęcie samorządu jest rozmyte i wieloznaczne. Jedyna uniwersalna definicja jest szalenie ogólnikowa. Według niej samorząd to decydowanie o własnych sprawach niezależne od władzy nadrzędnej. To określenie wskazuje na rzecz najważniejszą – moment styku zasięgów obu form władzy. Otóż samorząd budowany jest od dołu, podczas gdy władza centralna działa odgórnie. Wspomniana granica ich zasięgów nie jest jednak prosta, ma tak bardzo skomplikowany przebieg, że chwilami lepiej mówić nie o linii, ale o strefie granicznej.

Prawnicy chętnie uzupełniają, że samorząd to nie tyle system zarządzania, ile wyodrębniona grupa społeczna. Przynależność do niej nie jest dobrowolna, ale wynika z mocy prawa. Grupa taka powołana zostaje w celu wykonywania zadań administracji publicznej, co czyni poprzez formy przedstawicielskie, a te są kontrolowane oddolnie, ale nadzorowane odgórnie, przez państwo.

Aby bardziej nie komplikować, pozostawmy jurystom rozważania o różnicy między kontrolą a nadzorem. I bez tego widać, jak niejednorodną i skomplikowaną konstrukcją jest samorząd.

Niektóre kwestie mają tu wymiar czysto akademicki. Dlaczego pochodzący z wyborów powszechnych parlament i tworzone przezeń organy (w tym administracja rządowa) mają status „państwowy”, a pochodzący z wyborów sejmik województwa jest organem samorządu? Nie należy przykładać tu miary wielkościowej; kilka województw ma przecież rozmiary mniejszych państw europejskich.

Najprostsza odpowiedź brzmi: bo się tak umówiliśmy. A ściślej – skopiowaliśmy cudze rozwiązania.

Samorząd w dzisiejszym kształcie jest bowiem pomysłem stosunkowo nowym. Jego koncept zrodził się w Niemczech, o zgrozo – w Prusach, w XIX w. Samo tak przecież swojsko brzmiące słowo „samorządność” jest tłumaczeniem, tzw. kalką, z niemieckiego (Selbstverwaltung).

Istniejące już w średniowieczu formy samorządowe miały zupełnie inny charakter, u ich podstaw leżały podziały stanowe społeczeństw. Dzisiejszy samorząd nie jest ich kontynuacją.

 

Opłotki władzy

 

Dla przeciętnego obywatela najważniejszy jest samorząd terytorialny, bo ma z nim codzienny kontakt. Sam jest zresztą jego częścią jako mieszkaniec wsi, miasta lub dzielnicy. Jednak na co dzień ten współudział sprowadza się do udziału w wyborach lokalnych. Tyle że średnia frekwencja wynosi w nich 40–50 proc., z pojedynczymi odchyleniami. Jest jednak jeszcze coś gorszego od niskiej frekwencji wyborczej. Otóż większości rodaków jest obojętne, czy załatwia sprawę w urzędzie państwowym czy samorządowym. Urząd to są wciąż „oni”.

To fundamentalny problem. Sprawność samorządu jest pochodną masowego udziału w instytucjach, a ta wynika z poziomu kapitału społecznego. Gdy ten jest niski, samorząd staje się fasadą, karykaturą samego siebie. No to jesteśmy w domu.

W krajach zachodnich, zwłaszcza tych z podkładem protestantyzmu, zaangażowanie obywateli, rozumiane przez nich jako odpowiedzialność, jest wysokie. Po drugiej stronie mapy to zaangażowanie jest zerowe. A Polska, jak zwykle, jest pośrodku. Fakt, że trochę brakło czasu, aby to zaangażowanie wypracować. Ledwie kilkanaście w miarę spokojnych lat przerwała brutalnie wojna. Samorzutnie odrodzone po 1945 r. samorządy ledwo zdążyły rozejrzeć się na gruzach, gdy zostały oficjalnie zniesione i zastąpione systemem rad narodowych. Po co bowiem komu samorząd, skoro władza jest „ludowa”?

Było to jedno z największych oszustw systemu sowieckiego, tyle że dokonane w białych rękawiczkach. Rady narodowe były atrapą, ich sesje przypominały akademie. Decyzje i tak zapadały gdzie indziej, bo autorytarna siła nie lubi dzielić się władzą i wszystko wie najlepiej. Największe znaczenie miało zaś upaństwowienie majątku gmin. Ze skutkami tego posunięcia Polska nie radzi sobie do dziś.

Samorząd terytorialny powrócił w 1990 r., ale jeszcze przez prawie 10 lat istniał tylko na szczeblu gminnym. Samorządowe powiaty i województwa mamy dopiero od 1998 r. Część specjalistów uznaje i tę reformę za niedokończoną, wskazując, że tworząc nowe jednostki, kierowano się bardziej lokalnymi naciskami niż analizą ekonomiczną. Powstały więc gminy i powiaty niezdolne do samodzielnej egzystencji. Zamiar jakichkolwiek zmian na mapie administracyjnej napotyka zaś zmasowany opór.

 

Zapraszamy do zapoznania się z pozostałą częścią artykułu w najnowszym numerze Managera.

 

  • RSS
Dodaj artykuł do: Facebook Wykop.pl nk.pl blip.pl twitter.com

Komentarze

  

Dodaj komentarz (10-500 znaków)

manager