Jesteś w: Manager » Pełen relaks

Na południowy kraniec świata

16.02.2015 13:52  Pełen relaks
Na południowy kraniec świata BIORĄ UDZIAŁ W REJSACH PO ZIMNYCH MORZACH W OKOLICACH ARKTYKI I ANTARKTYDY NA POKŁADZIE JACHTU SELMA EXPEDITIONS. TERAZ CHCĄ DOTRZEĆ NA ANTARKTYCZNE MORZE ROSSA, AŻ DO ZATOKI WIELORYBÓW. TAK DALEKO NA POŁUDNIU NIE BYŁ JESZCZE ŻADEN JACHT ŻAGLOWY.

Piotr Kuźniar i Krzysztof Jasica żeglują z dala od utartych szlaków. Opłynęli już przylądek Horn i inne trudne miejsca, o których marzy wielu żeglarzy. Kapitanem jachtu Selma Expeditions jest Piotr Kuźniar, który kieruje ośmioosobową załogą. Najnowsza wyprawa to Selma Antarktyda Wytrwałość. Rozpoczęła się w kwietniu 2014 roku w Ushuaia w Argentynie opłynięciem Przylądka Horn i podzielona jest na etapy. Po przepłynięciu szlakiem Magellana Oceanu Spokojnego w drodze do Australii i udziale w grudniu w 70. edycji legendarnych regat Sydney Hobart, Selma ruszy na podbój Morza Rossa. Od Hobart do wejścia na antarktyczne Morze Rossa to dwa tysiące mil morskich, samo Morze to następne dwa tysiące. Cała wyprawa to około 40 tysięcy kilometrów, mniej więcej tyle co obwód Ziemi. – Tak daleko na południe Ziemi – do Zatoki Wielorybów – jeszcze żaden jacht żaglowy nie dotarł – mówi Krzysztof Jasica. Selma jak do tej pory najdalej na południe dotarła do Wyspy Charcota, ustanawiając w 2009 roku rekord Polski.
To tam, na Morzu Rossa zaczynała się historia Shackletona, Scotta, stamtąd Amundsen startował do podboju Bieguna Południowego. To najzimniejsze morze świata. Ma powierzchnię wody ok. 440 tys. km2, do tego jeszcze ok. 960 tys. km2 z obszarami pokrytymi lodowcem szelfowym. Maksymalna głębokość to 2972 m. Średnia temperatura wody powierzchniowej wynosi zaledwie -1 stopni Celsjusza. Do tej pory tylko kilka jachtów żaglowych dotarło w ten rejon, ale żadnemu nie udało się dopłynąć do południowych krańców. Obok antarktycznego Morza Weddella to jedno z najtrudniejszych na świecie miejsc do żeglugi.
– W 2011 r. jako pierwszy polski jacht dotarliśmy na obrzeża Morze Weddella i próbowaliśmy przebić się dalej na południe – opowiada Piotr Kuźniar. – Lód jednak był wtedy nie do pokonania, nawet lodołamacze miały problem z płynięciem.
Pasja do żeglowania była w ich życiu zawsze. Poznali się na studiach szykując klubowy jacht, dziewięciometrową Bagatelę, do rejsu na Wyspy Owcze w 1988 roku. Pierwszy raz popłynęli na Antarktydę w 2005 roku, jeszcze na innym jachcie studenckim.
– Dotknęliśmy Antarktydy i wciągnęła nas – opowiada K. Jasica. – Ja odszedłem z korporacji, bo nie da się połączyć normalnej aktywności zawodowej na lądzie z przygotowaniami jachtu do tego typu wypraw. Wyprawa musi być bezpieczna, jacht zadbany i sprawny. To zajęcie na cały etat.
Z zawodu Krzysztof Jasica jest inżynierem mechanikiem, z doświadczenia radiowcem i coachem, w duszy artystą od filmów i zdjęć z wypraw Selmy. Zaczął żeglować w wieku 14 lat. Niczego nie zostawia przypadkowi. Nieoceniony w trudnych sytuacjach. Na Selmie pełni rolę co-skippera.
– Ja z kolei jestem skipperem, który zakochał się w Antarktydzie – opowiada Piotr Kuźniar. – Dzisiaj żyję z organizowania wypraw w tamtą stronę. Wcześniej przez 15 lat prowadziłem z żoną drukarnię we Wrocławiu. Z wykształcenia jestem biologiem.
Żegluje od 1978 roku, jest kapitanem jachtowym od 1990 r. Prowadził wyprawy żeglarskie po Morzu Arktycznym, Grenlandzkim, Barentsa, Norweskim, Bellingshausena, Oceanie Lodowatym. Razem z Krzysztofem Jasicą jest jednym z współwłaścicieli jachtu Selma.
Załoga na Selmie nie jest stała. W wyprawach na Antarktydę chętnie uczestniczą biznesmeni, właściciele firm, managerowie wysokiego szczebla, członkowie zarządów dużych spółek. – Dlaczego wybierają Cieśninę Drake’a a nie Karaiby? – odpowiada na moje pytanie P. Kuźniar. – Antarktydę, a nie Grecję? Bo tutaj jest trudno i można się sprawdzić w najcięższych warunkach. Niezależnie od pełnionych na lądzie funkcji, tutaj wszyscy jesteśmy równi i tworzymy załogę, dzięki której jacht bezpiecznie żegluje po najtrudniejszych wodach świata.
– W obecnej wyprawie na Morze Rossa uczestniczy sprawdzona załoga. Normalni ludzie, nie jacyś wyczynowcy, ale pasjonaci, którzy już z nami pływali na Antatarktydę. To trochę jak lot na Księżyc – porównuje P. Kuźniar. – Kiedy wypłyniemy z Australii i pokonamy 60. stopień szerokości, znajdziemy się na wodach Traktatu Antarktycznego, poza jakąkolwiek strefą ratownictwa. Przez co najmniej trzy miesiące będziemy zdani tylko na siebie. Tutaj nie będzie miejsca dla przypadkowych ludzi. Trudność takiej wyprawy, z jednej strony, polega na dopasowaniu się załogi, z drugiej, na zmaganiu się z przyrodą. Skomplikowana jest też logistyka i przygotowanie do wyprawy, nie sposób przewidzieć, co może się stać i co może być potrzebne.
– Żeglowanie jachtem wokoło Antarktydy przypomina zarządzanie firmą – mówi P. Kuźniar. – Jak managerowie musimy kierować ludźmi, umieć zarządzać ryzykiem, nagłą zmianą, przewidywać możliwe strategie w zależności od sytuacji, planować, podejmować decyzje, nieraz błyskawicznie.
– Taka wyprawa to też koszty, które zawsze przekraczają założony budżet – dodaje K. Jasica – To koszt utrzymania jachtu, naprawy, wyposażenie w odpowiedni sprzęt, ubrania, jedzenie, dotarcie i powrót załogi oraz jachtu do portu w Australii, remont jachtu po powrocie z Zatoki Wielorybów do Nowej Zelandii... Jest tego dużo. Na Morzu Rossa w historii było tylko kilka jachtów, z czego jeden zatonął. To tak naprawdę wyprawa w nieznane. Ma w sobie „to coś” z ducha odkrywców. Kolumb wyruszył i odkrył Amerykę dzięki szczodrości hiszpańskiej pary królewskiej, transantarktyczna wyprawa Shackletona doszła do skutku dzięki wsparciu kupca Jamesa Cairda, wyprawa jachtu Selma Expeditions na Morze Rossa wymaga też współpracy ze sponsorami.
– To wyjątkowe przedsięwzięcie – tłumaczy K. Jasica. – Jestem przekonany, że może to być sytuacja win-win. Firmy, które zdecydują się na wspieranie nas mogą dzięki temu pozytywnie zaistnieć medialnie i być obecne w naprawdę niesamowitym projekcie, który może ustanowi nowy rekord świata w żegludze na Południe.
Antarktyda jest ciągle lądem nieznanym, niezbadanym. Na Półwysep Antarktyczny pływają statki wycieczkowe zapełnione bogatymi turystami głównie z USA i Niemiec. To bardzo powierzchowne zwiedzanie Antarktydy z okien wygodnej kabiny. Ale Południe to ciągle wyzwanie dla każdego żeglarza, który chce się bezpośrednio zmierzyć z najtrudniejszymi warunkami na Ziemi.
Pogoda bywa fatalna, na przykład w Cieśninie Drake`a wiatr często osiąga siłę 12 stopni w skali Beauforta, a fala ma ponad 10 metrów i spada gwałtownie na pokład jachtu. To robi wrażenie nawet na najbardziej doświadczonych żeglarzach. Innym razem żegluga wczesną wiosną w rejonie Morza Weddella pozwala doświadczyć obmarzania jachtu i wtedy najprostsze prace na pokładzie stają się katorgą – opowiada P. Kuźniar. – Wyprawa tam to za każdym razem coś nowego, olbrzymi wysiłek. Wychodzenie na nocną wachtę z ciepłego śpiwora, zakładanie mokrego i zimnego sztormiaka, prace przy żaglach zmarzniętymi aż do utraty czucia rękami, a nawet przygotowywanie posiłków w warunkach sztormowych weryfikuje niejednego „dzielnego żeglarza”. Nagrodą są niewyobrażalne i niezapomniane widoki miejsc, które nie zostały jeszcze zniszczone przez człowieka, a bliskie spotkania z pingwinami, wielorybami i innymi mieszkańcami białego kontynentu na długo zostają „pod powiekami”.
Taki rejs nie przynosi zysków. Gdybyśmy chcieli zarabiać, nie byłoby mowy o żegludze na Morze Rossa. Musielibyśmy poświęcić się organizacji wycieczek na Antarktydę dla bogatych turystów z Wielkiej Brytanii czy USA – mówi P. Kuźniar. – Ale czy byłoby to wtedy jakiekolwiek wyzwanie?
  • RSS
Dodaj artykuł do: Facebook Wykop.pl nk.pl blip.pl twitter.com

Komentarze

  

Dodaj komentarz

manager