Polski rynek sztuki przespał czas rewolucyjnych zmian, które zachodziły w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Właśnie wtedy w Europie Zachodniej i w USA słynni kolekcjonerzy i kuratorzy prestiżowych zbiorów zrozumieli, że bezpowrotnie skończył się czas dominacji tradycyjnych technik – malarstwa i rzeźby.
A wszystko zaczęło się od… pisuaru. W 1917 roku Marcel Duchamp wystawił leżący pisuar, który nazwał „Fontanna”. Był to niewątpliwie najsłynniejszy „ready-made” historii. Praca była sygnowana „R. Mutt”, czyli nazwiskiem producenta ceramiki łazienkowej. Nie wiadomo, co stało się z oryginalnym dziełem. W 1968 roku artysta zaprezentował limitowaną serię 10 fontann. Jaką cenę dziś mogłaby osiągnąć taka praca? Gdyby okazało się, że jest dostępna, byłoby to zapewne kilka milionów euro.
Dziś trudno sobie nawet wyobrazić ważne muzeum sztuki współczesnej bez instalacji, wideoinstalacji, czy choćby fotografii w różnych mutacjach. Polscy kolekcjonerzy jeszcze dziś z dużym sceptycyzmem podchodzą do nowych środków wyrazu, podnosząc kwestię oryginalności dzieła.
Kopia, szkic, wersja?
A przecież nigdy im nie przeszkadzało, gdy artyści powtarzali wielokrotnie ten sam motyw, lub wręcz kopiowali swoje własne prace. Przedmiotem dumy najznakomitszych kolekcjonerów – jak np. nieżyjącego już dr. Lecha Siudy (właściciela m.in. szkicu olejnego do słynnych „Chmur” Ferdynanda Ruszczyca), jest posiadanie autorskich wersji obrazów wiszących w muzeach. Będąc właścicielem jednej z sygnowanych i ściśle limitowanych odbitek fotografii lub kopi artystycznego filmu wideo można również czuć się, jak członek superekskluzywnego klubu. Nazwiska czołowych polskich twórców, korzystających z nowych mediów, jak np. Natalii LL czy Jerzego Robakowskiego, są znane na całym świecie. Do tego grona ma szansę dołączyć szereg artystów młodego pokolenia. Prawdziwą gratką dla inwestora może być zakup za ciągle jeszcze relatywnie nieduże kwoty znakomitej pracy Normana Leto czy Grupy Sędzia Główny. Kolekcjonerzy młodej sztuki, a więc nie tradycjonaliści, a jednak skoncentrowani na malarstwie, za kilka lat zyskają sporo, ale będą to wzrosty nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku nowych mediów.

Ciągle jeszcze można kupić dzieła fotograficzne z wczesnego okresu twórczości tragicznie zmarłego Zdzisława Beksińskiego. Wyceniane są znacznie niżej od prac graficznych, choć krytycy zgodnie podkreślają unikalny charakter fotografii tego twórcy. Pod każdym względem niezwykłe duże fotografie Natalii LL można kupić za około 40 tys. zł. Biorąc pod uwagę klasę artystki i jej pozycję w światowej sztuce – jest to ciągle niedużo.
Obiekty sztuki oferują dziś czołowe polskie galerie. Szeroko nagłośniony w mediach był sukces, jaki Galeria Starmach osiągnęła na targach w Bazylei, sprzedając instalację (osiem postaci, cztery ławki) z „Umarłej klasy” Tadeusza Kantora, podobno za 400 tys. euro. Najdrożej sprzedanym dziełem polskiego artysty pozostaje cykl fotografii „Naziści” Piotra Uklańskiego, który znalazł nabywcę za 568 tys. funtów.

Co to znaczy oryginał?
W przypadku prac powtarzalnych – instalacji, wideo, wideoinstalcji i wreszcie fotografii – wielkość edycji ma kolosalne znaczenie. Zwykle są to edycje typu 3 plus 1 lub 5 plus 1, rzadziej 10 plus 1; druga cyfra oznacza egzemplarz autorski. Spośród znakomitych polskich artystów programowo nie limituje swych filmów Józef Robakowski. Nie robiło tego również wielu innych twórców aktywnych w latach drugiej połowy ubiegłego wieku. Dziś jest to przez właścicieli praw czy negatywów ustalane już „po fakcie”. Powoduje to poważny bałagan na rynku, np. fotografii. Dla odbiorcy szczególnie ważne jest, czy ma do czynienia z oryginałem. Jeśli, oczywiście, możemy tu użyć tego słowa. Chodzi o to, by dzieło było jak najbliżej autora. Dlatego tak bardzo ceni się odbitki autorskie – vintage. Definicja głosi, że są to zdjęcia wykonane przez autora lub pod jego nadzorem z oryginalnego negatywu, nie później jednak niż 5 lat po jego powstaniu. W odróżnieniu od nich, life time printy to odbitki wykonane przez autorów, lecz w późniejszym okresie.
Ten sposób myślenia o oryginale nie budzi wątpliwości. Problemy zaczynają się przy reprintach, zwykle powstałych po śmierci autora. Jeśli u nas nie będzie się przestrzegać reguł, które w USA i Europie Zachodniej funkcjonują od lat siedemdziesiątych, kolekcjonerzy nadal będą nieufnie patrzyli na fotografie, choć ciągle jeszcze ich ceny są relatywnie niskie. Galerie popularyzujące młodą sztukę, której reprezentanci szczególnie chętnie posługują się niekonwencjonalnymi technikami, rozumieją ten problem i potrafią zadbać o przestrzeganie standardów. Dlatego zawsze warto kupować w dobrych, rzetelnych galeriach.
Niestety, zdarza się, że nawet renomowane galerie z chęci zysku stosują co najmniej kontrowersyjne chwyty. Po sprzedaniu za granicą określonej edycji fotografii znanego polskiego artysty, przygotowują kolejną, nieco zmienioną (np. o innym formacie) edycję 3 plus 1. Każdy nabywca takiej pracy ma prawo czuć się oszukany. Co gorsza – praktyki takie to psucie i tak płytkiego rynku…
Zaledwie 3 lata temu można było kupić pracę wideo znakomitego artysty zaledwie za 2 tys. zł, dziś uważa się, że kwota 4 tys. zł to minimum, jakie trzeba zapłacić. Los na loterii wygrali ci, którzy docenili m.in. twórczość Wojtka Bąkowskiego z Poznania (notabene zajmuje on pierwsze miejsce w ostatnim rankingu „Kompas Młodej Sztuki” publikowanym przez „Rzeczpospolitą” i nasz magazyn). Twórca ten konsekwentnie nie posługuje się klasycznymi technikami, a jednak zdobył uznanie kolekcjonerów. Od czasu, gdy został zaproszony na prestiżową nowojorską wystawę „Younger than Jesus”, jego prace regularnie drożeją.
Jeszcze trudniejsza – w polskich warunkach – jest kwestia zakupu prac wideo. Artysta sprzedaje tzw. kopię matkę, którą nabywca może skopiować na własny użytek. Precyzyjnie rzecz biorąc, przedmiotem zakupu jest licencja, prawo wprowadzenia określonego dzieła do obrotu. Nie stosuje się limitów czasowych, natomiast czasem umowa przewiduje ograniczenia regionalne. Podobnie, jak w przypadku odbitek, pojawiają się kopie autorskie prac wykonanych wiele lat temu.
Na marginesie – choć inwestycje w sztukę posługującą się nowymi technikami mogą budzić sprzeciw tradycjonalistów, to jednak są i tak nieporównywalnie bezpieczniejsze niż kupowanie prac artystów znikąd, lansowanych jako „przyszłe gwiazdy” przez samozwańczych marszandów…









































